|
FOTOGRAFIA
(napisane w latach 60-tych XX wieku)
"Oświęcim"? - nie, nie pojedzie. Przez całą drogę obiecywała sobie, że tam nie pojedzie. Nie po to przyjechała do tego kraju - przekonywała siebie po raz może setny, a może stopięćdziesiąty. Zachęciły ją foldery z biur reklamowych.
Obiecywano przecież wspaniałe puste szosy, po których można będzie jeździć widząc przed sobą coś więcej niż tylko tył cudzego samochodu jadącego przed tobą z tą samą oczywiście prędkością. Pisano też o uroku lasów, które są tu nieogrodzone i można biwakować w dowolnie wybranym przez siebie miejscu. Zachwalano dobrą i tanią kuchnię ... Uwierzyła biurom podróży i pojechała z Małgorzatą i Egzbertem jako szukająca egzotyki turystka. Nie da sobie zepsuć nastroju. Auschwitz .... przecież nie pamięta już ani Joosa ani nikogo z jego wymordowanej tutaj rodziny. Zapomniała jak wyglądali, ból dawno minął. Jak długo można pamiętać? Kurt, jej drugi mąż jest dla niej dobry, jego przedsiębiorstwo spedycyjne w Frankfurcie ma wysokie obroty i rośnie wysokość konta w licznych bankach republiki. Mają syna Konrada. Przyznaje, chciała by miał na imię Joos, ale przecież obywatel niemiecki nie powinien nosić obcego, niderlandzkiego imienia. Mogłoby to utrudnić mu start w życiu, a przecież liczy się przede wszystkim "business". Przynajmniej Kurt zawsze to powtarza. Czy kocha Kurta? Nie sądzi, żeby to było najważniejsze. Wystarczy jej, że to cudzoziemskie małżeństwo raz na zawsze pogrzebało przeszłość. Nie, nie boi się tego, co mogłaby tam zobaczyć, chyba jednak w ogóle zawiodła się na tym kraju. Lasy rzeczywiście są piękne, wszystko naprawdę tanie /Kurt zdziwi się, gdy mu powie jak mało cała ta eskapada kosztowała/
/ale w Krakowie zamiast egzotyki i dzikości pokazano im znów pamiątki po dawnych królach, wodzach i uczonych, to wszystko, co nudziło ją już wielokrotnie w Brukseli, Norymberdze, Monachium, Kopenhadze, Wiedniu i wszystkich ważniejszych miastach Europy. Spojrzała na Egzberda i Małgorzatę - nie było to jednak spojrzenie zapytujące, a raczej gest bezsilnej obrony, jakby chciała złożyć decyzję w ich ręce. Mówią, że wszyscy jeżdżą tu do Auschwitz, taki zwyczaj, czy akt kurtuazji wobec gospodarzy. Westchnęła przyzwalająco. Nie chciała przyznać się nawet przed sobą, że po to tu przybyła, że wędrowała myślami po tym miejscu do chwili kiedy to się stało, że stale roznieca w sobie płomień cierpień pamiętnego 1943 roku, wstyd, że pozwoliła się oddzielić od męża, przejść na stronę aryjską, chociaż zrobiła to przed ciosami kolb karabinowych. Bito ją wówczas pierwszy i jedyny raz w życiu, dzięki tym razom przeżyła, nie podzieliła losu, który spotkał Joosa i jego rodziców, uratowała życie, a zyskała wyrzuty sumienia, chociaż według wszystkich praw ludzkich miała prawo ratować własne życie, nie była więc winna. Jeżeli wszyscy chcą to zwiedzać, ona pojedzie również, nie będzie im psuła wycieczki.
* * * * * * * *
Teraz, gdy się już stało, powinna zobaczyć jak najwięcej, wykorzystać przeznaczony na zwiedzanie czas do maksimum. Przewodniczka mówi zbyt szybko, zostanie więc i sama przejdzie powoli przez wszystkie cele, korytarze, dziedzińce, paleniska krematoriów, zobaczy stosy ludzkich włosów, sztucznych zębów, bucików dziecięcych. Jak dobrze, że nie miała dziecka z Joosem. Mnóstwo okularów, może któreś z nich należały do niego. Trudno poznać po tylu latach, zresztą stos taki wielki.
Fotografie. Ci oprawcy fotografowali, bawili się mordowaniem, a ona przechodzi tak obojętnie. Naczytała się przez te lata książek o tematyce obozowej, chociaż Kurt niechętnie widzi tę lekturę. Mówi, że to cierpiętnictwo i że jest w tym wiele przesady. Że należy zapomnieć w imię czegoś, dokładnie nie może sobie przypomnieć. Może to on ma rację. Naprawdę nie było powodu obawiać się tego przyjazdu. Zimne cele, morze baraków, poprostu muzeum śmierci. Ale czy szukała czegoś więcej? Chyba wyleczyła się tutaj z oświęcimskiej obsesji. Bo to była obsesja, tak, teraz można się już chyba przyznać?
Gdyby nie Małgorzata i Egbert ... gdzie oni wszyscy poszli? Stoi sama wśród makabrycznych zdjęć nagich półtrupów i uśmiechniętych "SS-manów", prawie sama, bo obok przebiega niemal cała grupa szczebioczących coś po polsku dziewczątek. Nie zwracały chyba uwagi na to, co zwiedzają. Wyglądają jakby się śmiały - pomyślała jednak z goryczą. Podniosła wzrok na kolejne zdjęcie i odczula zupełny brak sił. Oparła się więc rękami o kamienną ścianę. Chyba to pomyłka - próbowała uspokoić sama siebie - pomyłka lub zwykłe złudzenie, przypadkowe podobieństwo rysów i postaci. Te same, dobrze jej znane oczy patrzyły jednak prosto w jej stronę i z następnej fotografii. Tym razem widoczna była nawet charakterystyczna blizna nad lewym uchem. Był oczywiście młodszy i nie nosił garnituru z angielskiej wełny, tylko mundur SS, ale nie zmieniła się przez te lata nawet sportowa, sprężysta sylwetka. Teraz wiedziała, nie, wiedziała od początku nie należało tu przyjeżdżać.
Nie należało w ogóle przyjeżdżać do tego kraju. To był błąd. Małgorzata i Egbert będą jej szukać. Ale ona jest przecież spokojna, nic się nie stało, przez całe życie chce wierzyć, że naprawdę nic się nie stało. Dziwne tylko, że nie może poruszyć mogą, by pójść naprzód, ani oderwać ręki od kamiennej ściany. |